We Florencji, w pierwszy dzień Wielkanocy od stuleci odbywa się jedyna w swoim rodzaju ceremonia świąteczna „scoppio del carro” [wybuchający wóz].
Ozdobny wóz pirotechniczny ciągnięty przez parę białych wołów jedzie przez miasto, w asyście 500 mężczyzn w średniowiecznych strojach i przystaje pomiędzy Katedrą a Baptysterium.

Podczas modlitwy, biskup zapala przy ołtarzu specjalną racę o kształcie gołębicy, przymocowaną do drutu rozciągniętego wzdłuż kościoła, na odcinku około 150 m. Płonący ptak frunie przez główną nawę na zewnątrz, zapala fajerwerki znajdujące się na wozie i płonąc wraca z powrotem do ołtarza, po czym gaśnie, tuż przy płonącej świecy paschalnej.

W tym roku, ze względu na obostrzenia „wybuchowy wóz” nie miał tradycyjnego orszaku i ceremonia odbyła się bez udziału publiczności (ale się odbyła… w zeszłym roku nie było jej w ogóle).

Posłuchajcie pięknej historii, która dała początek tej tradycji:

 

Był we Florencji rycerz imieniem Raniero. Słynął z wielkiej siły, lecz był zawadiaką i gwałtownikiem.
Raniero wyruszył z Godfrydem de Bouillon na wyprawę krzyżową, aby  bronić grobu Chrystusa w Jerozolimie.
Przysiągł przed obrazem Matki Boskiej, że przywiezie z wyprawy najcenniejszą zdobycz i ofiaruje na jej ołtarzu.
Był pierwszym, który dostał się na mury Jerozolimy. W nagrodę za męstwo spotkał go największy zaszczyt: jako najdzielniejszy rycerz w całej armii to właśnie on zapalił świecę od świętego ognia płonącego przy grobie Chrystusa. Tę świecę postawił w swoim namiocie, obłożył kamieniami, aby się nie przewróciła i pilnie jej strzegł.

Trefniś obozowy włóczący się tamtego wieczoru między namiotami żartował, że wielu rycerzy to zwykli zbójcy i łupieżcy. W namiocie Raniera dworował sobie, że Raniero nie będzie mógł ofiarować Matce Bożej najdroższej rzeczy, jaką zdobył w walce. Jakim sposobem miałby przesłać do Florencji płomień świecy? Wśród śmiechu i wrzawy Raniero postanowił, że dokona tego,  co wydawało się niemożliwe.

Następnego dnia o świcie dosiadł konia i w tajemnicy przed współtowarzyszami zabrał płomień, który zapalił na grobie Chrystusa. Aby osłonić go przed wiatrem założył płaszcz pielgrzyma i ruszył w daleką drogę ku Florencji. Bardzo szybko zdał sobie sprawę, że nie utrzyma płomienia, jeśli będzie jechał szybko. Jego bojowy rumak nie był jednak przyzwyczajony do powolnego chodu. Raniero musiał usiąść na koniu tyłem, własnym ciałem osłaniając płomień od pędu powietrza.

Na pustkowiu napadli go zbójcy. Raniero mógłby z łatwością pokonać napastników, ale nie bronił się w obawie, że  płomień może zgasnąć. Bez walki oddał  im wszystko co miał: broń, cenne szaty i wojenne łupy. Uprosił ich, aby zostawili mu jedynie wiązkę świec. Zbójcy zabrali łatwy łup, zostawiając rycerzowi świece, płaszcz pielgrzyma i zapalony płomień. Wsadzili go na wychudzoną szkapę, a sami zabrali jego dzielnego rumaka.  
Po drodze Raniero przeżył wiele trudów i udręk. Doświadczał także ludzkiej pomocy i życzliwości. Nieraz myślał sobie: „Ludzie są dla mnie miłosierni. Gdybym miał swojego rumaka i bogaty strój, na pewno traktowaliby mnie inaczej. Niebawem uwierzę, że zbójcy uczynili mi przysługę.”

Miecz Godfryda de Bouillon przechowywany w zakrystii Bazyliki Grobu Bożego w Jerozolimie

Przy złej pogodzie przerywał swą wędrówkę i szukał bezpiecznego schronienia, czekając aż przestaną padać ulewne deszcze i umilknie porywisty wiatr. Dziwił się sam sobie, zastanawiał się, po co mu właściwie ten płomień i dlaczego tak nad nim czuwa…

Raniero dotarł do Włoch. Przejeżdżał samotnie odludną drogą wśród gór, gdy podbiegła do niego jakaś kobieta i powiedziała: „Zgasł mi ogień na palenisku. Moje dzieci są głodne. Użycz mi ognia, abym mogła upiec chleb i przygotować strawę!” Wyciągnęła rękę po świecę, ale  Raniero odparł, że najpierw musi zanieść ten płomień do Florencji, na ołtarz Błogosławionej Dziewicy.

Kobieta powiedziała: „Życie moich dzieci też jest płomieniem, nad którym muszę czuwać”. Raniero dał się przekonać i użyczył jej płomienia, którego tak pilnie strzegł.
Po kilku godzinach podróży dotarł do jakiejś wioski. Jeden z mieszkańców wioski, widząc pielgrzyma w podartej opończy, ulitował się nad nim i rzucił mu płaszcz i przypadkowo zgasił płomień.
Rycerz zawrócił, odnalazł kobietę, której użyczył ognia, i ponownie zapalił świecę od jej paleniska.

Po kilku miesiącach podróży Raniero dotarł do Florencji. I tu, u samego celu zaczęły się jego największe udręki. Widząc obdartego żebraka jadącego tyłem na wychudzonym koniu, ulicznicy pobiegli za nim wykrzykując: Pazzo! Pazzo! (Wariat! Wariat!) Robili wszystko, aby zgasić mu świecę.  Gawiedź zabawiała się grubiańsko kosztem nieszczęsnego rycerza. Jakaś kobieta stojąca na balkonie wyrwała mu świecę i odbiegła z nią do domu. Tłum rozszedł się, a z domu wyszła Francesca, żona Raniera, z zapoloną świecą w ręku. Rozpoznała swego męża i zabrała świecę, aby ją uchronić. Ale on nic do niej nie powiedział, wziął świecę i wsiadł na konia. Pragnął jak najszybciej donieść płomień do katedry Wkrótce ogłoszono ludowi, że rycerz Raniero de Ranieri wrócił z Jerozolimy z płomieniem zapalonym na grobie Chrystusa. Jednak ludzie, których kiedyś krzywdził i bardzo źle traktował nie chcieli w to wierzyć, szydzili z niego i żądali dowodów… A przecież świadkami prawdomówności rycerza były tylko góry i pustynie… Gorzko zapłakał.

Nagle przez otwarte drzwi wpadł do kościoła ptak, przeleciał nad świecą i zgasił płomień. W kościele podniósł się krzyk… pióra biednego stworzenia zajęły się od ognia.  Płonący ptak rozpaczliwie rzucił się do ucieczki, lecąc przez cały kościół. Zanim umarł – spadł na ołtarz. Raniero zdążył zapalić świecę od płonących skrzydeł ptaka, Nikt już nie żądał innych dowodów. Pomimo wszelkich trudności Raniero doniósł płomień zapalony w Jerozolimie aż na ołtarz Matki Bożej w rodzinnym mieście.

Był Rok Pański 1101. 

Od tamtej pory aż do dziś Florencja pamięta o słynnym rycerzu, od którego pochodził znamienity ród Pazzich, a święty płomień zdobi kolumny florenckiego pałacu, który do tego rodu należał.

Na pamiątkę tamtego zdarzenia Florencja od 900 lat kultywuje swoją „wybuchową” tradycję.

Każdy, kto choć raz próbował przenieść na wietrze zapaloną świecę, bodaj na odległość kilku metrów, wie, że utrzymanie płomienia wcale nie jest takie proste.

Tak samo jest z płomieniem wiary.

Może się zdarzyć, że zostaniemy ograbieni ze wszystkiego…
Może się zdarzyć, że zostaniemy w obdartych łachmanach, na lichej chabecie, jak rycerz Raniero napadnięty przez zbójców…

Może się zdarzyć, że wszyscy dokoła będą krzyczeć, że jesteśmy wariatami.

Najważniejsze, żebyśmy dalej nieśli święty płomień… pamiętając, dokąd po niego wrócić, jeśli zgaśnie.